Fot: Maciej Baranowski / Wikimedia Commons, CC BY 2.0 

Rafał Boguski: Prowadzenie treningu jest łatwiejsze niż zarządzanie ludźmi
Od chłopaka z Łomży, który jako 16-latek mógł co najwyżej marzyć o wielkiej piłkarskiej karierze, do
zawodnika, który rozegrał dla Wisły ponad 380 spotkań, zdobył mistrzostwo Polski i założył koszulkę
reprezentacji Polski. W rozmowie wspomina najważniejsze momenty kariery, kontuzje, które mogły
zmienić jej bieg, reprezentację, Wisłę i pierwsze doświadczenia w pracy z młodzieżą. Zapraszam na
rozmowę z Rafałem Boguskim.

– Gdyby Pan jako załóżmy 16—latek z ŁKS—u Łomża usłyszał, że za kilkanaście lat będzie
miał na koncie trzy mistrzostwa Polski, reprezentację i ponad 380 meczów dla Wisły,
uwierzyłby Pan w to?

– Oczywiście, że w wieku 16 lat nigdy bym w to nie uwierzył. Chciałem być piłkarzem, ale moja
wyobraźnia nie sięgała aż tak daleko, że mogę grać w drużynie, która walczy
o mistrzostwo lub gra w europejskich pucharach.


– Jeśli chodzi o samo trafienie do Wisły, co Pana zdaniem było takiego, czego być może sam
wtedy jeszcze Pan nie dostrzegał, a dostrzegli trenerzy?

– Prawdopodobnie trenerzy zobaczyli u mnie potencjał na piłkarza ekstraklasowego. Miałem – z
perspektywy czasu – charakter do pracy i do walki o wyższe cele, a też wydaje mi się, że szybko
się uczyłem i nadrabiałem zaległości – szczególnie w technice.


– Czy w trakcie Pana przygody z Wisłą, były w Panu myśli, czy w ogóle przebije się
w Wiśle? Jest jakiś moment, w którym z perspektywy czasu wiedział Pan, że musi walczyć o
skład najbardziej?

– Oczywiście, że miałem wątpliwości, czy przebije się do składu Wisły. Szczególnie wtedy, kiedy
po pół roku przebywania w Krakowie, powiedziano mi, że raczej nie jadę na kolejny obóz
przygotowawczy i żebym szukał sobie wypożyczenia. Wtedy te wątpliwości były, czy
kiedykolwiek zadomowię się w Wiśle. Ale po wypożyczeniu do Bełchatowa, wróciłem silniejszy,
jako lepszy zawodnik i też miałem mocniejszą pozycję.


– Miał Pan w karierze różnych trenerów. Gdyby dziś, już jako trener, miał Pan wybrać trzy
rzeczy od trzech różnych szkoleniowców, które chciałby przenieść do swojej pracy, co by to
było?

– Od wielu trenerów mógłbym czerpać bardzo dużo dobrego, ale myślę, że podstawowe rzeczy, jeśli
chodzi o sprawy taktyczne – trener Skorża. Jeśli chodzi o typowo sprawy piłkarskie, żeby
przygotować piłkarza do gry w piłkę – trener Kazimierz Moskal.
Kompetencje miękkie, zarządzanie drużyną, współpraca z każdym zawodnikiem – trener
Maaskant.


– Który trener najbardziej zmienił Pana jako człowieka, a który jako piłkarza?
– Myślę, że jedno i drugie. Był to trener Jerzy Engel Junior, jeszcze w czasie gry w ŁKS-ie Łomża.
Najbardziej nauczył mnie profesjonalizmu i patrzenia na piłkę w szerszym kontekście.


– Jeśli chodzi o Pana grę w reprezentacji Polski. Co dziś czuje Rafał Boguski, kiedy
o tym myśli — bardziej dumę czy niedosyt?

– Oczywiście, że czuję dumę, że mogłem zagrać z orzełkiem na piersi, mogłem być nawet
kapitanem w meczach sparingowych i strzelać bramki. Na pewno czuję dumę. Jako ambitny
człowiek, chciałbym, żeby tych spotkań było więcej, ale przeszłości już nie zmienię. I tak
spełniłem swoje marzenie.


– Powiedział Pan kiedyś, że prawdopodobnie kontuzje zabrały Panu możliwość wyjazdu za
granicę. Ma Pan w głowie jeden konkretny moment, w którym pomyślał „gdybym wtedy był
zdrowy, moja kariera mogła potoczyć się zupełnie inaczej”?
– Był taki moment, to był rok 2009. Kilka spotkań przed zakończeniem sezonu, byłem
w bardzo dobrej dyspozycji i miałem kilka konkretnych ofert zagranicznych. Jednak przydarzyła
mi się kontuzja stawu skokowego i przez wiele lat od tamtej pory nie doszedłem do swojej
optymalnej formy.


– Spędził Pan w Wiśle 15 lat. To właściwie całe piłkarskie dorosłe życie. Czy był taki moment,
kiedy naprawdę chciał Pan odejść, ale ostatecznie został? I czy dziś uważa Pan, że dobrze
zrobił?

– Tak naprawdę nie było momentu, w którym chciałbym opuścić Kraków. Jestem człowiekiem,
który nie lubi szybko zmieniać otoczenia. Jak już się zadomowię w jednym miejscu, nie
potrzebuję zmian. Z perspektywy czasu bardzo dobrze wyszło, że tyle lat spędziłem w Wiśle.


– Co było trudniejsze: odejście z Wisły czy pogodzenie się z tym, że pewien etap kariery
rzeczywiście się kończy?

– Oba aspekty były bardzo trudne. I odejście z Wisły, gdzie kilkanaście lat przebywa się
w jednym miejscu, z ludźmi, których się zna bardzo dobrze. Trzeba w końcu zmienić swój
kalendarz i kierunek wyjazdu z rana na trening. A druga rzecz, że zakończenie piłkarskiej
przygody też jest trudne. Kończy się pewien etap. Głowa by jeszcze podołała, ale kiedy ciało
odmawia, łatwiej się z tym pogodzić.


– W pewnym momencie zaczął Pan łączyć granie z trenowaniem. Co bardziej Pana wtedy
zaskoczyło: jak trudne jest prowadzenie treningu czy jak trudne jest zarządzanie ludźmi?

– Myślę, że prowadzenie treningu jest łatwiejsze niż zarządzanie ludźmi. Każdy człowiek jest inny,
do każdego trzeba podchodzić inaczej i być też psychologiem, żeby wiedzieć, jak
z danym człowiekiem rozmawiać.


– Czy jest coś, czego jako zawodnik kompletnie Pan nie rozumiał w zachowaniu trenerów, a
dziś, będąc po drugiej stronie, nagle rozumie?

– Różnica jest taka, że będąc piłkarzem, skupiasz się tylko na sobie. Żebyś Ty przygotował się jak
najlepiej do treningu, meczu, sezonu. A rolą trenera jest przygotowanie całej drużyny do tego, by
współpracowała, żeby każdy czuł się dobrze w drużynie, żeby poszczególne jednostki dawały jak
najwięcej wspólnemu celowi. Pogodzenie tych dwóch czynników jest trudne.


– W styczniu 2026 wrócił Pan na Reymonta już oficjalnie jako trener w Wiślackiej Szkole
Futbolu, dostając pod opiekę U-11. Co jest trudniejsze: nauczyć dziesięciolatka
odpowiedniego zachowania na boisku czy nauczyć go kochać piłkę na tyle, żeby chciał
trenować także wtedy, kiedy przestanie być fajnie?

– Myślę, że młodzi piłkarze kochają to, co robią. To jest ich pasją i widać, że nawet jeśli nie
wychodzi, to się nie zniechęcają. Najważniejsze jest, by nauczyć danego zawodnika, zwłaszcza,
gdy już kilka lat kopie piłkę i ma już jakieś zachowania nieodpowiednie
w nawyku. Tych nawyków trzeba oduczyć.


– Patrząc dziś na Wisłę jako trener akademii, a nie zawodnik pierwszej drużyny: co
najbardziej cieszy Pana w klubie, do którego Pan wrócił, a czego najbardziej brakuje w
porównaniu z Wisłą, którą pamięta Pan ze swoich najlepszych, piłkarskich lat?

– Najbardziej cieszy mnie to, że bardzo dużo młodych zawodników chce trenować w Wiśle. To jest
bardzo budujące, ale mamy świadomość, że infrastruktura pozostawia wiele do życzenia i
potrzeba wiele czasu, by nasza Akademia – czy to Wisły, czy Wiślacka Szkoła Futbolu miała
podstawowe rzeczy – dużo boisk do trenowania, dużo obszaru. Bo nie ma tego za wiele i to jest
nasza największa bolączka.


– Kto z Pana wiślackiej szatni był największym wariatem — w pozytywnym tego słowa
znaczeniu?

– Największym pozytywnym wariatem był Zdenek Ondraszek. Zawsze uśmiechnięty, zawsze
wesoły i zawsze z pozytywną energią.
– Czy był zawodnik, z którym grał Pan w trakcie swojej kariery, przy którym myślał Pan
„kurczę, on powinien zrobić znacznie większą karierę”?

– Tak, to był Paweł Brożek.


– Czy jest coś, czego można Panu życzyć — zawodowo oraz prywatnie?
– Jeśli chodzi o zawodowe rzeczy, żebym się rozwijał jako trener i w tym zawodzie mógł
i potrafił pomóc swoim zawodnikom w rozwijaniu się. A jeśli chodzi o prywatne rzeczy? Ważne,
żeby było zdrowie.
↑Back to Top